poniedziałek, 1 czerwca 2015

Wielkie żarcie


czyli TREK festival


     Uwielbiam gotować i jeść. Nie wszystko, co popadnie i jak leci ( na dobra, w taki sposób również - gdy po pracy przychodzę głodna do domu a w mojej głowie siedzi tylko jedna myśl - zaspokoić głód!). Najważniejsze jest jednak to, że na hasło JEDZENIE otwiera się mój radar :) A nazwa food fesiwal ( lub festival ) jest dla mnie jak czary mary! No i tak własnie zareagowałam na wpis w wydaczeni. Boże, ale bajka. Jedzenie, kuchnie na kółkach, zapowiedź czegoś pysznego i alkoholowego z rabarbaru... Szkoda tylko, że to już było i to w Amsterdamie. Nie gdzieś tutaj po sąsiedzku, ale gdzieś tam... Ech. No pozazdrościałam, a zazdroszczę nieczęsto - bo uważam, że to jest jedno z najmierniejszych uczuć.No i tak sobie sprawa prawie przeminęła, aż któregoś dnia otworzylam gazetę a tam - festiwale i między innymi http://www.festival-trek.nl/ i to w Maastricht, a w Maastricht mamy kogo odwiedzić i zaangażować w ewentualne propozycje. Pozatym jest to stare, przyjemne miasto z klimatem i lubię je odwiedzać. W każdym razie - lampka zapaliła się i zgasnąć nie chciała. Zajrzałam na stronę TREK - festival i napaliłam się jeszcze bardziej. J. dorzucił propozycję wypadu do Valkenburg no i w taki sposób zabraliśmy swoje cztery litery i pojechaliśmy w świat.

     TREK festival... Na obrzeżach centrum miasta,w parku, blisko zamku rozbito obozowisko dla kuchni na kółkach. Wejście gratis ( nietypowe dla NL), cały weekend do godzin nocnych. Wybór potraw - dla każdego coś dobrego. Począwszy od zwykłych frytek, po kuchnię indyjską, wegetariańską, meksykańską i jeszcze jeszcze więcej. Wszystko świeże i zachęcjace zapachem. A do tego dobra muzyka, przyjemna atmosfera i frajda. Objadłam się nieprzyzwocie i już mam ochotę na więcej takich imprez :) 
















niedziela, 17 maja 2015



Z przyduszeniem

czyli jak się mówi po holendersku
 


      Jak się mówi po holendersku? Hmmmm przeważnie gulgocząco, chrypiąco, gdzieś tam z czeluści. Przepalone, przepite, albo schorowane gardło fantastycznie nadaje się do tego celu. Ewentualnie lekkie podduszanie. Poważnie :) My Polacy (i nie tylko Polacy) mówimy bardziej od przodu. Uruchamiamy nasze języki, dziąsła, przednie zęby. Szeleścimy i świszczemy, a Holendrzy - gadają z tego miejsca, z którego my zwykliśmy jedynie zgrabne, czyściutkie ''ą, ę'' wydobywać. Przykładowo takie tutejsze ''g'' wymawiane jest jak ''h'' z tą różnicą, że trzeba tak trochę je z siebie wycharknąć, ponieważ zwykłe holenderskie "h" ( takie jak nasze) wymawia się na wydechu. Prawie tak jak polskie, ale jednak trochę inaczej. Do tego stopnia inaczej, że Holender może nie nas nie zrozumieć, ponieważ dla niego istnieją znaczne różnice pomiędzy "g" i ''h".  Dla mnie w wymowie to wsio-rawno, a różnicę i tak dostrzegam jedynie na piśmie ;)
  
      Holendrzy uwielbiają samogłoski. No, nie da się ukryć, że są one niezbędne, ale żeby aż w takiej ilości i w takim bliskim sąsiedztwie obok siebie? Eu, ou, au, ei, ij...Proste? A guzik, bo wymawia się je całkiem inaczej, a takie upierdliwe ''ei'' oraz ''ij'' zmieniają swoje brzmienie w zależności od tego, co jest w ich sąsiedztwie. I chociaż jest to dla mnie samej zabawne, to najwięcej problemu sprawiają mi te najprostsze twory, jak - ''ei'' ( jajko), ''ui'' ( cebula), ''uil'' ( sowa). A z tą sową to już w ogóle... No nie daję rady. Nigdy nie jestem na 100 % pewna, czy używam słowa, które mam na myśli i odwrotnie - nigdy nie jestem pewna, którego z tych słów używa Dacz :) Zwykle domyślam się z kontekstu, czy chce mu się jajka, czy cebuli. Z jajkami wycwaniłam się na tyle, ale używać liczby mnogiej "eieren" i wszystko jest jasne. A gdy takie zbitki samogłosek spotyka się z środku słowa... Matko kochana! Takie ''schreeuwen'' ( krzyczeć) na przykład. Na kursie mój ówczesny nauczyciel po kilkunastu minutach skapitulował i dał mi spokój. No nie wymówiłam twora, ale mogę się pochwalić, że jestem już coraz bliżej celu. Albo takie ''jongen'' (chłopiec). Nie, to nie jest takie hop siup ;) Tutaj "g" się nie wycharkuje jak "h", ale NIE wymawia się go, jest ono nieme. Oj, długo nie używałam słowa ''jongen''. Mój aparat językowy zdecydowanie nie jest przystosowany do gadania z podduszaniem w tle. Dlatego wielu wyrazów nie wymawiam, chociaż je znam i rozumiem w tekście i nawet potrafię napisać (niekiedy bezbłędnie). 

     Podwójne, potrójne litery w słowie stojące obok siebie i zmieniające znaczenie słowa w zależności od ilości, w jakiej występują. Zgroza! Najprostszy przykład "man" (człowiek, mężczyzna) i ''maan'' ( księżyc). Jak stoją sobie takie dwa ''a'' to wymawia się je no tak - dłuuużej. A gdy takie samotne ''a'' sobie stoi to - króciutko i zwięźle, jak mój kot, gdy mnie zaszczyci odpowiedzią na pytanie: ''alles goed?''. Chociaż nie zawsze, bo wg holenderskiej gramatyki takie krótkie małe ''a'' czasami trzeba wymówić dłużej, ponieważ w liczbie mnogiej występuje ono jako ''aa''. No i bądź tutaj Polaku mądry. Ja tam różnicy za bardzo nie widzę i nie słyszę, inni też. Uczący się języka tak bardzo są zadowoleni z faktu opanowania kolejnego słowa, że fakt jednego a, e, u itd. jakoś tak umyka uwadze.

      Sposób wymawiania samogłosek. Zgroza. Jeśli użyjecie ''u, i, a'' tak zwyczajnie, po polsku, jak Bóg nakazał to będzie to błąd. Ja ten błąd popełniam systematycznie pomimo tego, że znam regułę. Siła przyzwyczajania. Bo każdą z tych samogłosek wymawia się tak jak ''y'' ale z lekkim odcieniem, np. ''i''. Swego czasu uczęszczałam na kurs prowadzony przez nauczyciela pochodzenia tureckiego, który urodził się i wychował z NL. Uparcie walczył ze sposobem, w jaki było wymawiane przez nas ''i''. Okazało się, że tylko para Turków załapała o co chodzi. Najdłużej z problemem (i bez powodzenia) zmierzała się Rosjanka Nadia. W pewnym momencie poddała się... No rację miała dziewczyna. Ja tam tej różnicy też nie widzę i nie słyszę, ale Tarkan (nauczyciel) nauczył mnie jak wymawiać ''i''. Bezcenne. Poza tym facet miał dobre poczucie humoru, więc lekcje były kameralnymi, przyjemnymi spotkaniami. No i nauka w grupie międzynarodowej, o różnym stopniu zaangażowania językowego również jest fajnym doświadczeniem. Znikają gdzieś kompleksy, że ja to prawie wcale nie mówię, a mój kolega z ławki obok to nawija jak nakręcony. Ale nawet ten kolega/- żanka nie daje sobie rady w pewnym momencie i jakoś tak zawstydzenie przechodzi i wszyscy ze śmiechem łączą się w bólu wypowiedzenia np. takiego ''i''.

      No tak, czas się przyznać do tego, jak mi idzie nauka holenderskiego? Topornie. Lepiej, niż na początku, ale topornie... Nie mam zacięcia do nauki języków, szybko się poddaję (niestety), złoszczę, mam pretensje do całego świata o to, że taki durny język mają Dacze, a już największe pretensje mam do J. który z kolei na mnie się irytuje, że na nim moje frustracje językowe wyładowuję ( i tak w kółko). No cóż, pewnie robiłabym to i na kimś innym, ale on jest najbliżej ;) Holenderski – moim zdaniem - z jednej strony wydaje się być banalnie prosty, a z drugiej - cholernie trudny w tej swojej prostocie. I to jest problem, bo ja nie potrafię tak prosto myśleć. Ja wciąż próbuję myśleć po polsku i szukam słów, które w normalnej sytuacji użyłabym mówiąc w ojczystym języku, a które bardziej odpowiadają temu, co chcę wyrazić. Nie, żeby to była potrzeba jakiejś górnolotnej elokwencji, ale ... no jakoś tak trudno jest mi tak prosto myśleć ;) Gramatyka tutejsza jest taka nieco niemiecka. Dlatego, jeśli ktoś kiedyś (jak i ja) uczył się niemieckiego to nawet jeśli niewiele z niego wyniósł (jak ja) powinien szybko zobaczyć podobieństwa. 

      Od J. często słyszę, że Polacy to bardzo szybko mówią. On każdego dnia pracuje z Polkami, więc ma okazję sobie posłuchać. To prawda - szybko mówimy. A przynajmniej zdecydowana większość z nas, a moja siostra to już z pewnością. Nawet ja nie nadążam za jej słuchaniem. Holendrzy mówią wolniej, mniej żywiołowo i nie gestykulują. Zresztą, mając tyle przystopników ( malutkich wyrazów, spójników, partykuł itd. w zdaniach), że trudno jest się rozpędzić w żywiołowym słowotoku. Ale bywa, że mi się zdarza. Z błędami, bo z błędami ale potrafię, bo omijam przystopniki ;) Połowę słów w holenderskich zdaniach wyrzuciłabym do kosza. Niedawno rozmawiałam ze znajomą Holenderską. Ta, to potrafi mielić językiem. A ja razem z nią. No bo jak ona tak zasuwała ze słowami, to i mnie się udzieliło. A po rozmowie zaskoczona, oznajmiłam że 90 % z tego, co powiedziała - ja zrozumiałam. Byłam happyyyy! :) W czym tkwił sekret - mówienie wyraźne, z intonacją wyrażającą emocje i rozdzielanie poszczególnych słówek. Jest to bardzo ważne - przynajmniej dla mnie. Dlatego nie lubię rozmów telefonicznych - wolę widzieć reakcję rozmówcy, no i łatwiej jest mi poprosić o powtórzenie zdania albo użycie innych słów. 

      Uwierzcie mi, że dłuuugo byłam przekonana o tym, że ja to w życiu tej cholery holenderskiej nie ugryzę. Nie dosyć, że jest ona nie do wymówienia, gramatyka dobijająca
(bo taka niemiecka) itd. No i ciągły lęk przed powiedzeniem głupot, błędami itd. Niby jest to normalne, ale jednak.... No taki wstyd i skrępowanie. No i zniechęcenie pojawiające się za każdym razem, gdy rozumiałam coś inaczej, niż rozmówca miał na myśli, ponieważ holenderski ma to do siebie, że jedno słówko może mieć dwa lub więcej znaczeń. A że jestem toporną uczennicą, która szybko w sobie się zamyka - było to dla mnie jak walka z wiatrakami. Słów nie kodowałam, słuchu językowego nie mam, książki stały na półce i czasami czegoś się z nich uczyłam, ale gdy okazywało się, że w mowie żywej inaczej to brzmi i wygląda niż w podręczniku - wściekałam się i rzucałam książkę w kąt. Minimum raz dziennie. Chciałam, by ten głupi język rządził się moimi prawami a nie swoimi własnymi. Oj, nie było i nie jest łatwo. W kręgu, w którym przebywałam łatwo mi było przeskoczyć na angielski, co sprawy nie ułatwiało. Wszyscy mówili, że jak mieszkam w Holendrem, to łatwiej mi być powinno, a było wręcz odwrotnie.. No ale przyszła kreska i na mnie.

      Znalazłam pracę. 6 godzin sprzątania tygodniowo w dwóch domach, gdzie właściwie mogłam zapomnieć o używaniu angielskiego. Rozumienie było, ale mówienie nie. A, że w tych domach zawsze był czas na wypicie dużego kubka herbaty w towarzystwie pań domu... trzeba było zacząć mówić i to po holendersku. No i tak małymi krokami ruszyłam do przodu. Później zaczęły pojawiać się kolejne domy, w których pracuję i chociaż od progu uprzedzałam, że ja to tak nie bardzo z holenderskim, to jednak jakoś wszystko szło do przodu i obecnie zdarza mi się, że zaczynam coś mówić po angielsku i po kilku słowach przeskakuję na holenderski. Co zabawniejsze, Holendrzy z uprzejmości tylko, albo ze szczerym uznaniem, za każdym razem chwalą mnie za to, że przez dwa lata ( a teraz to już przez 3) bardzo dobrze opanowałam holenderski. I chociaż mam co do tego wątpliwości, bo ja bym chciała bardziej perfekcyjnie i dokładniej wyrażać myśli (chociaż odnoszę wrażenie, że holenderski to w ogóle się do tego nie nadaje) to jednak... no miło jest. Co nie oznacza, ze kryzysów językowych pozbyłam się na dobre. A gdzie tam. Wkurza mnie to,  że znajomość słownictwa jest u mnie bogata, wiele czytanych tekstów rozumiem, a mówię wciąż fatalną składnią, albo pół zdaniami. Chociaż ostatnimi czasy mam nawyk poprawiania na głos samej siebie, gdy wiem, że źle powiedziałam. No, ale... chociaż zazwyczaj wstaję o 5.30 i przez pójściem do pracy jestem już wybudzona, nakarmiona, i nawet po godzinnej nauce, to jednak zwykle nie bardzo jeszcze kumam co się dzieje wokół i nawet po polsku mam problem myśleć. Poza tym szybkie rozmowy w biegu jakoś tak nie sprzyjają dbaniu o poprawną wymowę. No i nawyki językowe. Przyzwyczajenia nieszczęsne. Dlatego, nawet jeśli popełniacie błędy w mówieniu, to jednak uczucie się jak powinno być tak na dzień dobry. Chyba że nie jest dla was problemem późniejsze wyplenianie jak chwastów tego zległo, czego już zdążyliście się nauczyć.

       No i trzeba znaleźć własną metodę nauki języka. Taką, która zadziała. No i znalazłam, przynajmniej w temacie nauki słówek. Gdzieś, kiedyś w necie zapisałam się metodę http://metoda5s.pl. Nie kupiłam kursu, ale zapisałam się na newsletter i dostawałam darmowe próbki tej metody. Oczywiście tylko próbki i one miały mnie zachęcić do kupienia kursu. Próbki pomogły na tyle, żeby :) Zaczęłam przyswajać sobie słowa i to tak naprawdę przyswajać. Nie-do-szybkiego-zapomnienia. Podobno tak dzieci uczą się języków. Emocjonalnie, uczuciowo. W tej metodzie nie powinno używać się tłumaczeń słów na język ojczysty, ale uczyć się obrazami i to obrazami znalezionymi w sieci na stronach języka, który nas interesuje. No i mam sobie na przykład taką mapkę w moim zeszycie, 


 a w moim kibelku na ścianie wisi takie coś, które zmienia się w momencie, gdy mówię sobie, ok – z głowy, następną poproszę.



.
     Jest to mapka bardzo osobista, ponieważ tylko ja wiem, jakie uczucia i emocje towarzyszą słowom, które nań znajdują się. I dlatego, gdy szukam słowa i wiem, ze je znam - próbuje myśleć obrazami. Pamięć fotograficzna. Gdy już słówko przyswoję - odkładam je na półkę w mojej głowie. a jeśli coś topornie nie chce u mnie zostać - korzystam z http://www.acapela-group.com/ polecam i z http://www.mijnwoordenboek.nl , gdzie mogę przeczytać konstrukcje zdań w których zostało wykorzystane moje słówko. 

czytana
przeczytana
     Przepisuję teksty ze zrozumieniem i czytam książki. Wprawdzie zaledwie jedną przeczytałam od deski do deski, ale już rok temu. I dobrze pamiętam, co się niej wydarzyło. DUMA mnie rozpierała i pomogło mi się to jakoś tak inaczej oswoić z językiem. Może nie poczuć - poczuć to za duże słowo. Fajnie byłoby, gdybym miała jakieś uczucia pozytywne do holenderskiego, ale nie mam. Uczę się, ponieważ tutaj mieszkam, ponieważ muszę coś sama od czasu do czasu załatwić, ponieważ przywykłam do tego, że to robię i nie rozumiem tych, którzy mieszkając za granicą nie próbują uczyć się języka danego kraju. Ale – wracając - najważniejsze jest to, że przeczytałam książkę. Mało tego  - czytam kolejną i idzie mi to znacznie sprawniej i szybciej. I moje zrozumienie znacznie się zwiększyło :) Może dlatego, że w zamiłowaniem obejrzałam całą trylogię Millenium i wiem, czego nań się spodziewać.







P. S. A ręce opadają mi, gdy proszę J., aby powtórzył takie np. słówko ''dżdżownica'', ''chrząszcz'', ''gęś'', a on to robi tak bezwstydnie już po pierwszym odsłuchaniu i bez najmniejszego zająknięcia...