Z przyduszeniem
Jak
się mówi po holendersku? Hmmmm przeważnie gulgocząco,
chrypiąco, gdzieś tam z czeluści. Przepalone, przepite, albo
schorowane gardło fantastycznie nadaje się do tego celu.
Ewentualnie lekkie podduszanie. Poważnie :) My Polacy (i nie tylko
Polacy) mówimy bardziej od przodu. Uruchamiamy nasze języki,
dziąsła, przednie zęby. Szeleścimy i świszczemy, a Holendrzy -
gadają z tego miejsca, z którego my zwykliśmy jedynie
zgrabne, czyściutkie ''ą, ę'' wydobywać. Przykładowo takie
tutejsze ''g'' wymawiane jest jak ''h'' z tą różnicą, że
trzeba tak trochę je z siebie wycharknąć, ponieważ zwykłe
holenderskie "h" ( takie jak nasze) wymawia się na
wydechu. Prawie tak jak polskie, ale jednak trochę inaczej. Do tego
stopnia inaczej, że Holender może nie nas nie zrozumieć, ponieważ
dla niego istnieją znaczne różnice pomiędzy "g" i
''h". Dla mnie w wymowie to wsio-rawno, a różnicę i tak dostrzegam jedynie na
piśmie ;)
Holendrzy
uwielbiają samogłoski. No, nie da się ukryć, że są one
niezbędne, ale żeby aż w takiej ilości i w takim bliskim
sąsiedztwie obok siebie? Eu, ou, au, ei, ij...Proste? A guzik, bo
wymawia się je całkiem inaczej, a takie upierdliwe ''ei'' oraz
''ij'' zmieniają swoje brzmienie w zależności od tego, co jest w
ich sąsiedztwie. I chociaż jest to dla mnie samej zabawne, to
najwięcej problemu sprawiają mi te najprostsze twory, jak - ''ei''
( jajko), ''ui'' ( cebula), ''uil'' ( sowa). A z tą sową to już w
ogóle... No nie daję rady. Nigdy nie jestem na 100 % pewna,
czy używam słowa, które mam na myśli i odwrotnie - nigdy
nie jestem pewna, którego z tych słów używa Dacz :)
Zwykle domyślam się z kontekstu, czy chce mu się jajka, czy
cebuli. Z jajkami wycwaniłam się na tyle, ale używać liczby
mnogiej "eieren" i wszystko jest jasne. A gdy takie
zbitki samogłosek spotyka się z środku słowa... Matko kochana!
Takie ''schreeuwen'' ( krzyczeć) na przykład. Na kursie mój
ówczesny nauczyciel po kilkunastu minutach skapitulował i dał
mi spokój. No nie wymówiłam twora, ale mogę się
pochwalić, że jestem już coraz bliżej celu. Albo takie ''jongen''
(chłopiec). Nie, to nie jest takie hop siup ;) Tutaj "g"
się nie wycharkuje jak "h", ale NIE wymawia się go, jest
ono nieme. Oj, długo nie używałam słowa ''jongen''. Mój
aparat językowy zdecydowanie nie jest przystosowany do gadania z
podduszaniem w tle. Dlatego wielu wyrazów nie wymawiam,
chociaż je znam i rozumiem w tekście i nawet potrafię napisać
(niekiedy bezbłędnie).
Podwójne,
potrójne litery w słowie stojące obok siebie i zmieniające
znaczenie słowa w zależności od ilości, w jakiej występują.
Zgroza! Najprostszy przykład "man" (człowiek, mężczyzna)
i ''maan'' ( księżyc). Jak stoją sobie takie dwa ''a'' to wymawia
się je no tak - dłuuużej. A gdy takie samotne ''a'' sobie stoi to
- króciutko i zwięźle, jak mój kot, gdy mnie
zaszczyci odpowiedzią na pytanie: ''alles goed?''. Chociaż nie
zawsze, bo wg holenderskiej gramatyki takie krótkie małe
''a'' czasami trzeba wymówić dłużej, ponieważ w liczbie
mnogiej występuje ono jako ''aa''. No i bądź tutaj Polaku mądry.
Ja tam różnicy za bardzo nie widzę i nie słyszę, inni też. Uczący się języka tak bardzo są zadowoleni z faktu
opanowania kolejnego słowa, że fakt jednego a, e, u itd. jakoś tak
umyka uwadze.
Sposób
wymawiania samogłosek. Zgroza. Jeśli użyjecie ''u, i, a'' tak
zwyczajnie, po polsku, jak Bóg nakazał to będzie to błąd.
Ja ten błąd popełniam systematycznie pomimo tego, że znam regułę. Siła przyzwyczajania. Bo każdą z tych samogłosek
wymawia się tak jak ''y'' ale z lekkim odcieniem, np. ''i''. Swego
czasu uczęszczałam na kurs prowadzony przez nauczyciela pochodzenia
tureckiego, który urodził się i wychował z NL. Uparcie
walczył ze sposobem, w jaki było wymawiane przez nas ''i''.
Okazało się, że tylko para Turków załapała o co chodzi.
Najdłużej z problemem (i bez powodzenia) zmierzała się Rosjanka
Nadia. W pewnym momencie poddała się... No rację miała
dziewczyna. Ja tam tej różnicy też nie widzę i nie słyszę,
ale Tarkan (nauczyciel) nauczył mnie jak wymawiać ''i''. Bezcenne. Poza tym facet miał dobre poczucie humoru, więc
lekcje były kameralnymi, przyjemnymi spotkaniami. No i nauka w
grupie międzynarodowej, o różnym stopniu zaangażowania
językowego również jest fajnym doświadczeniem. Znikają
gdzieś kompleksy, że ja to prawie wcale nie mówię, a mój
kolega z ławki obok to nawija jak nakręcony. Ale nawet ten kolega/-
żanka nie daje sobie rady w pewnym momencie i jakoś tak
zawstydzenie przechodzi i wszyscy ze śmiechem łączą się w bólu
wypowiedzenia np. takiego ''i''.
No
tak, czas się przyznać do tego, jak mi idzie nauka holenderskiego?
Topornie. Lepiej, niż na początku, ale topornie... Nie mam zacięcia
do nauki języków, szybko się poddaję (niestety), złoszczę,
mam pretensje do całego świata o to, że taki durny język mają
Dacze, a już największe pretensje mam do J. który z kolei
na mnie się irytuje, że na nim moje frustracje językowe wyładowuję
( i tak w kółko). No cóż, pewnie robiłabym to i na
kimś innym, ale on jest najbliżej ;) Holenderski – moim zdaniem -
z jednej strony wydaje się być banalnie prosty, a z drugiej -
cholernie trudny w tej swojej prostocie. I to jest problem, bo ja nie
potrafię tak prosto myśleć. Ja wciąż próbuję myśleć po
polsku i szukam słów, które w normalnej sytuacji
użyłabym mówiąc w ojczystym języku, a które
bardziej odpowiadają temu, co chcę wyrazić. Nie, żeby to była
potrzeba jakiejś górnolotnej elokwencji, ale ... no jakoś
tak trudno jest mi tak prosto myśleć ;) Gramatyka tutejsza jest
taka nieco niemiecka. Dlatego, jeśli ktoś kiedyś (jak i ja) uczył
się niemieckiego to nawet jeśli niewiele z niego wyniósł
(jak ja) powinien szybko zobaczyć podobieństwa.
Od
J. często słyszę, że Polacy to bardzo szybko mówią. On
każdego dnia pracuje z Polkami, więc ma okazję sobie posłuchać.
To prawda - szybko mówimy. A przynajmniej zdecydowana
większość z nas, a moja siostra to już z pewnością. Nawet ja
nie nadążam za jej słuchaniem. Holendrzy mówią wolniej,
mniej żywiołowo i nie gestykulują. Zresztą, mając tyle
przystopników ( malutkich wyrazów, spójników,
partykuł itd. w zdaniach), że trudno jest się
rozpędzić w żywiołowym słowotoku. Ale bywa, że mi się zdarza. Z
błędami, bo z błędami ale potrafię, bo omijam przystopniki ;)
Połowę słów w holenderskich zdaniach wyrzuciłabym do
kosza. Niedawno rozmawiałam ze znajomą Holenderską. Ta, to potrafi
mielić językiem. A ja razem z nią. No bo jak ona tak zasuwała ze
słowami, to i mnie się udzieliło. A po rozmowie zaskoczona,
oznajmiłam że 90 % z tego, co powiedziała - ja zrozumiałam. Byłam
happyyyy! :) W czym tkwił sekret - mówienie wyraźne, z
intonacją wyrażającą emocje i rozdzielanie poszczególnych
słówek. Jest to bardzo ważne - przynajmniej dla mnie.
Dlatego nie lubię rozmów telefonicznych - wolę widzieć
reakcję rozmówcy, no i łatwiej jest mi poprosić o
powtórzenie zdania albo użycie innych słów.
Uwierzcie
mi, że dłuuugo byłam przekonana o tym, że ja to w życiu tej
cholery holenderskiej nie ugryzę. Nie dosyć, że jest ona nie do
wymówienia, gramatyka dobijająca
(bo
taka niemiecka) itd. No i ciągły lęk przed powiedzeniem głupot,
błędami itd. Niby jest to normalne, ale jednak.... No taki wstyd i
skrępowanie. No i zniechęcenie pojawiające się za każdym razem,
gdy rozumiałam coś inaczej, niż rozmówca miał na myśli,
ponieważ holenderski ma to do siebie, że jedno słówko może
mieć dwa lub więcej znaczeń. A że jestem toporną uczennicą,
która szybko w sobie się zamyka - było to dla mnie jak walka
z wiatrakami. Słów nie kodowałam, słuchu językowego nie
mam, książki stały na półce i czasami czegoś się z nich
uczyłam, ale gdy okazywało się, że w mowie żywej inaczej to
brzmi i wygląda niż w podręczniku - wściekałam się i rzucałam
książkę w kąt. Minimum raz dziennie. Chciałam, by ten głupi
język rządził się moimi prawami a nie swoimi własnymi. Oj, nie
było i nie jest łatwo. W kręgu, w którym przebywałam łatwo
mi było przeskoczyć na angielski, co sprawy nie ułatwiało.
Wszyscy mówili, że jak mieszkam w Holendrem, to łatwiej mi
być powinno, a było wręcz odwrotnie.. No ale przyszła kreska i na
mnie.
Znalazłam
pracę. 6 godzin sprzątania tygodniowo w dwóch domach, gdzie
właściwie mogłam zapomnieć o używaniu angielskiego. Rozumienie
było, ale mówienie nie. A, że w tych domach zawsze był czas
na wypicie dużego kubka herbaty w towarzystwie pań domu... trzeba
było zacząć mówić i to po holendersku. No i tak małymi
krokami ruszyłam do przodu. Później zaczęły pojawiać się
kolejne domy, w których pracuję i chociaż od progu
uprzedzałam, że ja to tak nie bardzo z holenderskim, to jednak
jakoś wszystko szło do przodu i obecnie zdarza mi się, że
zaczynam coś mówić po angielsku i po kilku słowach
przeskakuję na holenderski. Co zabawniejsze, Holendrzy z uprzejmości
tylko, albo ze szczerym uznaniem, za każdym razem chwalą mnie za
to, że przez dwa lata ( a teraz to już przez 3) bardzo dobrze
opanowałam holenderski. I chociaż mam co do tego wątpliwości, bo
ja bym chciała bardziej perfekcyjnie i dokładniej wyrażać myśli
(chociaż odnoszę wrażenie, że holenderski to w ogóle się
do tego nie nadaje) to jednak... no miło jest. Co nie oznacza, ze
kryzysów językowych pozbyłam się na dobre. A gdzie tam.
Wkurza mnie to, że znajomość słownictwa jest u mnie bogata, wiele
czytanych tekstów rozumiem, a mówię wciąż fatalną
składnią, albo pół zdaniami. Chociaż ostatnimi czasy mam
nawyk poprawiania na głos samej siebie, gdy wiem, że źle
powiedziałam. No, ale... chociaż zazwyczaj wstaję o 5.30 i przez
pójściem do pracy jestem już wybudzona, nakarmiona, i nawet
po godzinnej nauce, to jednak zwykle nie bardzo jeszcze kumam co się
dzieje wokół i nawet po polsku mam problem myśleć. Poza tym
szybkie rozmowy w biegu jakoś tak nie sprzyjają dbaniu o poprawną
wymowę. No i nawyki językowe. Przyzwyczajenia nieszczęsne.
Dlatego, nawet jeśli popełniacie błędy w mówieniu, to
jednak uczucie się jak powinno być tak na dzień dobry. Chyba że
nie jest dla was problemem późniejsze wyplenianie jak
chwastów tego zległo, czego już zdążyliście się nauczyć.
No
i trzeba znaleźć własną metodę nauki języka. Taką, która
zadziała. No i znalazłam, przynajmniej w temacie nauki słówek.
Gdzieś, kiedyś w necie zapisałam się metodę http://metoda5s.pl. Nie kupiłam kursu, ale zapisałam się na
newsletter i dostawałam darmowe próbki tej metody. Oczywiście
tylko próbki i one miały mnie zachęcić do kupienia kursu.
Próbki pomogły na tyle, żeby :) Zaczęłam przyswajać sobie
słowa i to tak naprawdę przyswajać. Nie-do-szybkiego-zapomnienia.
Podobno tak dzieci uczą się języków. Emocjonalnie,
uczuciowo. W tej metodzie nie powinno używać się tłumaczeń słów
na język ojczysty, ale uczyć się obrazami i to obrazami
znalezionymi w sieci na stronach języka, który nas
interesuje. No i mam sobie na przykład taką mapkę w moim zeszycie,
a w moim kibelku na ścianie wisi takie coś, które zmienia
się w momencie, gdy mówię sobie, ok – z głowy, następną
poproszę.
.
Jest
to mapka bardzo osobista, ponieważ tylko ja wiem, jakie uczucia i
emocje towarzyszą słowom, które nań znajdują się. I
dlatego, gdy szukam słowa i wiem, ze je znam - próbuje myśleć
obrazami. Pamięć fotograficzna. Gdy już słówko przyswoję
- odkładam je na półkę w mojej głowie. a jeśli coś
topornie nie chce u mnie zostać - korzystam z
http://www.acapela-group.com/ polecam i z
http://www.mijnwoordenboek.nl , gdzie mogę przeczytać konstrukcje
zdań w których zostało wykorzystane moje słówko.
![]() |
| czytana |
![]() |
| przeczytana |
Przepisuję
teksty ze zrozumieniem i czytam książki. Wprawdzie zaledwie jedną
przeczytałam od deski do deski, ale już rok temu. I dobrze
pamiętam, co się niej wydarzyło. DUMA mnie rozpierała i pomogło
mi się to jakoś tak inaczej oswoić z językiem. Może nie poczuć
- poczuć to za duże słowo. Fajnie byłoby, gdybym miała jakieś
uczucia pozytywne do holenderskiego, ale nie mam. Uczę się,
ponieważ tutaj mieszkam, ponieważ muszę coś sama od czasu do
czasu załatwić, ponieważ przywykłam do tego, że to robię i nie
rozumiem tych, którzy mieszkając za granicą nie próbują
uczyć się języka danego kraju. Ale – wracając - najważniejsze
jest to, że przeczytałam książkę. Mało tego - czytam
kolejną i idzie mi to znacznie sprawniej i szybciej. I moje
zrozumienie znacznie się zwiększyło :) Może dlatego, że w
zamiłowaniem obejrzałam całą trylogię Millenium i wiem, czego
nań się spodziewać.
P.
S. A ręce opadają mi, gdy proszę J., aby powtórzył takie
np. słówko ''dżdżownica'', ''chrząszcz'', ''gęś'', a on
to robi tak bezwstydnie już po pierwszym odsłuchaniu i bez najmniejszego zająknięcia...






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz